Wkrótce wróciła z koncentracyjnego obozu moja żona, ciężko chora, cudem prawie odratowana przez niezapomnianego, znakomitego warszawskiego lekarza, doktora Feliksa Podkulińskiego. Córka lepiej zniosła obóz, przyjechała z matką jako smukła dziewczyna ubrana w kombinezon przerobiony z obozowego pasiaka. Jacuś, odebrany już przedtem przeze mnie od chwilowej swojej opiekunki, zacnej siostrzyczki z RGO w Pruszkowie, szalał na ich powitanie, skakał, piszczał, lizał je po twarzach, nie zapomniał o swoich paniusiach mimo wielomiesięcznej rozłąki. Uciekał zresztą -kilka razy z Pruszkowa, znikał na parę dni, po czym wracał pokryty ceglanym pyłem i poraniony. Widocznie biegał do Warszawy i przez gruzy starał się dostać na Saską Kępę. Most jednak był zerwany. Wracał wtenczas cwany kundel do Pruszkowa, gdzie miał wikt i "opierunek". Taka była nasza hipoteza. Jak było naprawdę - któż to wie? No więc trzeba było się zakrzątnąć jakoś energiczniej koło urządzenia życia dla cudem odzyskanej całej "rodziny". Pomogły mi w tym walnie owe spotkania autorskie, tak warszawskie jak i terenowe. Jedno z pierwszych odbyło się w zajezdni autobusów i tramwai miejskich przy ulicy Inżynierskiej na Pradze. Było zbiorowe. O ile mnie pamięć nie zawodzi, wzięli w nim udział Marian Brandys, poeta Edward Fiszer, satyryk Jerzy Jurandot, no i ja. Wzruszeni i odrobinę stremowani siedzieliśmy w pokoju kierownika zajezdni, oczekując na rozpoczęcie spotkania omawialiśmy z nim program. Kiedy wszystko już było gotowe, kierownik zaproponował nam udanie się na salę. W korytarzu powiedział do licznie zebranych tramwajarzy: - Prosiemy na kino! .
Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd.. Uparcie powtarzał, że działał sam. W tej sytuacji jedyną korzyścią dla orga-. Ze sobą gawędzili. Nagle mężczyzna powiedział:. Własności drobnomieszczańskiej, drobnochłopskiej,. Tłumy, które już wyszły z opłotków. Mijają figurę: czapki i. Gorączkowo. Llusiało chodzić o ludzi będących poza władzą Himmłera i jego morderców.. Różnica biorytmów seksualnych. Jednak na ogół nie narzekam na słuchaczy. Bawimy się przeważnie wspólnie bardzo dobrze, choć istotnie "zasuwam" trochę teorii o pochodzeniu warszawskiej gwary, ilustrując to obficie felietonami. Muszę powiedzieć, że wszystko to, co mówię, lepiej jest odbierane w środowiskach inteligenckich aniżeli tam, gdzie gwara jest mową potocznie używaną. Bawią się nią ludzie kilku już pokoleń. Wśród swojej publiczności miewam ojców przychodzących z synami czy córkami. Miewam nawet dziadków - przedwojennych czytelników - przyprowadzających na te spotkania nieletnie i większe wnuczęta. Dziadkowie przypominają mi felietony czytane kiedyś w "Kurierze Czerwonym", wnuki są już wykształcone na najnowszych przygodach pana Wątróbki czy też Helenie w stroju niedbałem, czyli królewskich opowieściach pana Piecyka - mojej historii Polski. Słowo daję, zebrałem parę podziękowań za tę historię. Na jednym z wieczorów zgłosił się do mnie student, który mi oświadczył, że dzięki przestudiowaniu Opowieści królewskich zdał maturę z dziejów ojczystych. Oficjalne bowiem podręczniki do tego przedmiotu mają specjalny, trudny układ problemowy, niesłychanie ciężko przyswajalny, gdy tymczasem pan Piecyk prowadzi swój wykład jasno, treściwie, trzymając się ściśle chronologii zdarzeń i kolejności panowania królów polskich. Zachowuje poza tym maksymalną wierność przekazom historycznym. Istnieje co prawda pewne niebezpieczeństwo posługiwania się dziełem pana Piecyka. Uczeń zbyt dosłownie może powtórzyć słowa dziejopisa i powiedzieć na przykład, że "Krzyżacy to byli szkopy w komżach" albo że "Stanisław August w charakterze króla, mówiąc naukowo, był cholerę wart. Na derektora terenów zielonych duże kwalifikacje posiadał, kto wie nawet, czyby jako prezydent miasta Warszawy nie obleciał, ale na króla był w tamtem czasie za frajer." Takiego wypadku na szczęście chyba nie było. Maturzyści umiejętnie posługiwali się opowieściami pana Teosia i egzamin zdawali. Potwierdziła mi to między innymi pewna świetna nasza piosenkarka, również opierająca się przy egzaminie dojrzałości na wiadomościach zaczerpniętych z tego samego źródła. Atmosfera na sali podczas spotkań z czytelnikami bywa w wielu wypadkach rodzinna, a zawsze życzliwa. Czasem tylko mąci ją i przerywa prelekcję zjawienie się jakiegoś jegomościa, który po cichutku, na paluszkach, przygarbiwszy się, żeby stać się jak najmniej widocznym, podbiega do któregoś z siedzących w pierwszych rzędach miejscowych notabli i coś do niego szepcze. Wtedy cały nastrój pryska. Publiczność przestaje słuchać, wyciąga szyje w kierunku rozmawiających i wyraźnie stara się odgadnąć, "z czym to pan Kwasek przyleciał do przewodniczącego". Oczywiście nie zawsze jest to pan Kwasek i nie zawsze chodzi o przewodniczącego. Mam w swoim repertuarze felieton budzący podczas spotkań, w mniejszych zwłaszcza miastach, jeszcze inną reakcję. Felieton jest o ulicznym sprzedawcy psów i w pewnym miejscu zawiera taki oto dialog: - Panie, co to za pies?. - Najgorsze - powiedział, nie patrząc na Barnetta - jest to, że nie wiemy, z czym on za chwilę wyskoczy. Za duże ryzyko, kapitanie. - Czy zdajesz sobie sprawę, z czego byś zrezygnował? - zbeształ go Barnett. - Sam kadłub wart jest majątek. Oglądałeś silniki? Nie ma siły po tej stronie Ziemi zdolnej powstrzymać tę maszynerię. Potrafi przewiercić planetę na wylot i wyjść po drugiej stronie bez jednego draśnięcia na lakierze. A ty chcesz ją zostawić! - Nie będzie tyle warta, jak nas pozabija - zauważył Agee. Victor entuzjastycznie pokiwał głową. Barnett wytrzeszczył na nich oczy..